Brodacze ze Sławatycz
Dawno temu w Sławatyczach żył człowiek, zwany Starym Brodaczem. Był to wędrowiec i wagabunda, tak też wyglądający - z długą brodą, kosturem, a gdy było zimno, w futrzanym kożuchu. Co roku po Bożym Narodzeniu odwiedzał on chłopskie chaty. Tam wysłuchiwał skarg mieszkańców w zamian za drobne datki, a następnie udawał się na pola za wsią, gdzie wykrzykiwał je w wichurę. W ten sposób troski przepadały bez śladu, a w domach mieszkańców wsi rozlegały się śmiechy i śpiewy.
Ten stan rzeczy nie podobał się paniczowi, właścicielowi wioski. Miał o wiele własnych zgryzot. A to trzeba było uiścić podatek, a to pomyśleć o wydaniu za mąż dorastających córek… Nikt tych zgryzot od niego nie zabierał, wobec czego pan czuł, że to niesprawiedliwe, kiedy jego chłopi wiodą tak beztroskie życie. Żeby zakończyć ten stan rzeczy, nakazał porwać Brodacza i umieścił go w lochu w piwnicach dworu.
We wsi nastała konsternacja. Ludzie potrzebowali swojego Brodacza, ale nie śmieli wystąpić przeciwko szlachcicowi. W końcu na pewien pomysł wpadł młody Franek, podkochujący się w mieszkającej we wsi Marcie. Co prawda pomysł ten nie rozwiązywał problemu, ale pozwalał mu zbliżyć się do jego obiektu uczuć.
Któregoś wieczora przywdział kożuch, z lasu wyrąbał kij i przyczepił sobie sztuczną brodę - i tak zaszedł do domu rodziców swej wybranki. Otworzyła mu ona. Zdziwiona nieco widokiem, nie przejęła się, i zaczęła opowiadać. O chorobie rodziców, o tym, że nie ma wystarczająco rąk, by zająć się gospodarstwem. A także o tym, że Franek z sąsiedztwa, który bardzo jej się podobał, nie zwraca na nią uwagi.
Franek wkrótce wyszedł z domu Marty. Tam jednak czekali na niego ludzie panicza. Ten usłyszał o nowym Brodaczu i postanowił uwięzić i jego, by mieć pewność, że w lochu siedzi właściwy. Ale wieść rozeszła się już po wsi. Coraz więcej osób w przebraniu Brodaczy zaczęło krążyć po domach i wzajemnie odbierać sobie swoje troski.
Tymczasem złe rzeczy zaczęły się dziać we dworze. Niewypuszczone troski zebrane przez uwięzionych Brodaczy zaczęły krążyć po pokojach, nie dając spać paniczowi. Stale żył w stresie nieswoimi zmartwieniami. W końcu uznał, że dość. Wypuścił uwięzionych Brodaczy i nawet rzucił za nimi sakiewkę, dla pewności.
Stary Brodacz wrócił do swoich zajęć i zabierał ludzkie troski do końca swoich dni. Jednak przeżyła go nowa tradycja, kiedy to mieszkańcy wsi przebierali się za Brodaczy i krążyli po domach, by wzajemnie zdejmować sobie z barków ciężary i troski.